Jak to Wiejski Kurnik Międzynarowowym Portem Lotniczym chciał zostać, czyli bardzo subiektywna ocena lotniska w Modlinie

Po ponad półrocznej przerwie lokalny, mazowiecki port lotniczy Modlin, zwany przez złośliwych – także przeze mnie – Mgłodlinem, jest gotowy do przyjęcia pasażerów. Niestety istnieje realna szansa, że ponownie skuszone wysokimi rabatami tanie linie wrócą na kartoflisko i stłoczą swoich pasażerów w „terminalu” przypominającym kurnik czy stodołę, a nie nowoczesną halę odlotów.

Tak, zgadza się. Mgłodlin (mgła+Modlin=Mgłodlin i przy tym zostajemy) znów gotowy. Ponoć nawet niedoróbki zostały zlikwidowane. Jakież niedoróbki? – można zapytać retorycznie – przecież to lotnisko „dedykowane” tanim liniom! (jakieś to popularne słowo, prawda? Jak w programie „Lato z Radiem” albo w „Telewizyjnym Koncercie Życzeń” można powiedzieć „To lotnisko dedykujemy tym, którzy w imię kilku złotych różnicy zgadzają się na traktowanie siebie jak bydło”). Pytanie jest bardzo proste: czy fakt, że zbudowane zostało w celu obsługi połączeń niskokosztowych oznacza, że może być pozbawione praktycznie wszelakich udogodnień lotniskowych? Nie sądzę. Widziałem kilka „tanich” lotnisk, w których wszystko działa i zostały pomyślane tak, by normalnie funkcjonować. Nie ma w nich może business lounges i są położone na zadupiach, ale oprócz tego przypominają normalne lotniska. W Mgłodlinie brakował praktycznie wszystkiego, a i organizacja pozostawiała wiele do życzenia.

Miałem prawdziwą nieprzyjemność korzystania z tego baraku dwa razy. Raz, ciągnięty ciekawością i radością że mamy nowe lotnisko, które to przyciągnie nowe linie latające w ciekawe miejsce za niewielką kasę, poleciałem do Brukseli. No dobrze, tania linia, więc i Bruksela to była powiedzmy, średnia. Równie blisko stąd do francuskiego Lille, holenderskiego Maastricht co do belgijskiej stolicy. Ale nie narzekamy. Wyjazd miał być lowcostowy, zapłaciłem za bilet (i zaplanowałem kasę na bilety autobusowe do centrum Brukseli) i nawet gdy dodałem kilkanaście złotych na bilet PKP do Modlina wyszło, że w stosunku do LOTu zaoszczędziłem prawie 300 złotych. Miało to starczyć na słynne belgijskie frytki, czekoladki od brukselskich „czokolatierów” i jakieś pamiątki (a może i extra piwo na mieście). Więc co? Wszystko gra? No nie za bardzo.

Problem numer jeden zaczął się już na Centralnym. Tak, wiem, nie jest to za bardzo wina lotniska co się dzieje na kolei, ale wybierając lokalizację taką a nie inną, z taką a nie inną dostępnością komunikacyjną, i bez własnej nawet stacji kolejowej, władze Mgłodlina powinny się zaniepokoić relacjami pasażerów (a miały takie relacje w dupie, co sprawdziłem na ichniejszym fanpejdżu). Więc co z tym pociągiem? Ano nie przyjechał. Po prostu. Ludzie stoją na peronie, czekają 10 minut, 15, 20… pół godziny. Tak zwana „informacja” nie wie absolutnie nic o rzeczonym pociągu. Ratunkiem jest telefon na informację kolejową w Łodzi (nie wiem czemu tam mają zawsze świeże informacje, może centrala?). Tam mi mówią, że problem techniczny, i że pociąg będzie miał… do 90 minut spóźnienia. To, że ludziom samoloty odlatują PKP nie interesuje i nie zamierza podstawić choćby starego Ikarusa, żeby dostarczyć pasażerów pod terminal. Biedni obcokrajowcy, głównie lowcostowi backpackerzy stoją na peronie i patrzą – nie mając absolutnie żadnego pojęcia co się dzieje – na wściekłego Palpa. Wykonuję następnych kilka telefonów szukając alternatywnych rozwiązań. Znajduję autobus, na który wysyłam backpackersów, a sam na wszelki wypadek biorę taryfę na lotnisko. Taxi kosztuje stówę (z funduszu na frytki i piwo). Po drodze są dwa wypadki, więc samochód się wlecze, mimo wszystko, chyba dzięki opatrzności jakiejś i mojemu przeczuciu że na nowe lotniska trzeba na wszelki wypadek przybyć z 2,5 godziny przed wylotem, do terminala docieram na… 1,5 godziny przed planowanym startem. Jest nieźle. Ja bym powiedział zajebiście jest. Mimo, że taksiarz się pogubił w drodze na lotnisko. Ostatni drogowskaz był w granicach Warszawy, później trzeba dopytywać przechodniów, Mgłodlin nie przewidział chyba, że ktoś będzie miał kaprys przyjechania samochodem w związku z tym nie uzgodnił z zarządami poszczególnych dróg oznakowania dojazdu. Tak, podobno teraz to się zmieniło, na razie nie chcę nawet sprawdzać. Pytacie po co chciałem mieć taki zapas czasu? Ano kilka dni wcześniej parę osób nie wyleciało z Mgłodlina, bo security check trwał za długo i nie zdążyli na boarding. Samolot poleciał bez nich.

Tak więc przybyłem.

Lecąc tylko z bagażem (wtedy jeszcze normalnych gabarytów, później Wizz zakpił sobie z pasażerów wmawiając, że dla ich dobra za normalnej wielkości bagaż podręczny mają sobie dopłacić) ustawiłem się do security. Odlatywało w ciągu godziny kilka samolotów, więc i kolejka wielka. No, moi drodzy, stałem i stałem. Ale się w końcu wystałem. Pot się leje po dupie, zaczynam śmierdzieć i czuję smród tłoczących się przede mną i za mną ludzi oraz ludzi z logo security ubranych od stóp po głowę w jakieś prawie-mundury. Co? Zapomniałem powiedzieć, że nie ma tam żadnej klimy a to był środek lata? No to Wam włąśnie mówię. Blaszany dach, blaszane ściany i logika zakutego blachą łba: a niech ludzie się uduszą we własnym smrodzie. Nic to. Czekam licząc krople potu toczące się po plecach. Odliczam ludzi pozostałych do odprawy i z utęsknieniem próbuję ogarnąć jak bardzo chce mi się pić. Bo jak wiemy, z płynami nie wejdziemy na lotnisko. Nic to. Przecież to „PORT LOTNICZY”! Zaraz wejdę na bezcłówkę i sobie kupię.

Więc wchodzę z przetrzepanym bagażem na „bezcłówkę”. Miejsce jest na sklepów dwa i na kawiarnię. Nie ma jednak ani sklepów ani kawiarni. Jest natomiast automat z napojami, wokół którego tłoczą się ludzie. Niestety na monety, a ja posiadam jedynie euro i polskie złotówki w wysokich nominałach. Nie, nie ma nikogo, kto mógłby mi rozmienić kasę. Mam niby żebrać? Jakie lotnisko, takie zakupy, tak? Stoję więc śmierdzący i spragniony w tej jebanej puszce. Ludzie się tłoczą, bo i boarding kilku samolotów się zbliża. Informacja mówi, że nasz już wylądował, mało tego: pasażerowie opuszczają maszynę. Co więc robi obsługa? Opróżnia terminal. Opróżnia z bydła odbierając karty pokładowe i kierując w stronę samolotu. Kiedy to już stoimy w słońcu, a dzień był skubany upalny jak mało który, następuje stop i czekamy na wyjście ludzi z samolotu. Stoimy tak z 15, może 20 może więcej minut. Słabo mi się robi – chce mi się pić, jest mi gorąco a słońce pali niewyobrażalnie. Dzieci drą ryje (z podobnych powodów z których mi się robi słabo), ludzie się wachlują a wokół, mam takie wrażenie, czuć tylko smród ponad setki spoconych ciał. Nie, nikt nie przewidział daszka, zacienionego kawałka przestrzeni czy jakiekolwiek markizy, parasoli, płachty czy czegokolwiek innego. Jako lowcostowy klient zostałem z innymi pasażerami potraktowany jak bydło. Tak, słowo „bydło” przewija się przez tą notkę cały czas. Bo nie ma lepszego słowa na opisanie tego zjawiska.

A ja? Płacąc ok. 200 zł mniej niż LOTem (było 300, ale stówę zjadła taksówka) zafundowałem sobie nerwy, smród i poczucie że jestem bydłem.

Powrót był też interesujący. PKP nie uzgodniło rozkładu jazdy z rozkładem przylotów. Ja miałem szczęście: wybiegłem z baraku, wsiadłem do autobusu do stacji jeszcze z pasażerami wcześniejszego lotu i… udało mi się złapać pociąg o 23 z minutami. Następny był podajże z 2 godziny później. I jeszcze taka ciekawostka: większość połączeń kolejowych na lotniska na świecie, to opcje najdroższe i jednocześnie najwygodniejsze i najszybsze. Nie w Mgłodlinie. Pociąg zatrzymuje się w każdej wiosze i na każdej stacji. Bo przecież Warszawa Toruńska (wieś i kilka domków) czy Warszawa Płudy (wieś, wieś, wieś i baraki) muszą mieć bezpośrednie połączenie z lotniskiem. Na żadnej stacji oprócz Wschodniej nikt nie wysiadł i nikt nie wsiadł.

Drugi mój wylot z tego kurnika był z miesiąc później. Mówiłem szefowej, że z tego lotniska się nie lata, bo to dziura i dupa czarna. Uparła się skubana, bo lecieliśmy na konferencję w 4 osoby, a po 3 stówki na osobie to już konkretna kasa. „O kurwa, ale burdel…” – skomentowała jak weszliśmy na „bezcłówkę”. Wtedy już działała kawiarnia, z cenami kosmicznymi tak jak w centrum Londynu (a mi się wydaje że wyższymi, bo za 2 GBP wypije się normalną kawę w Londku, w Mgłodlinie nie). Klimy wciąż nie było, zakupów też nie, wiedziałm już że trzeba mieć drobniaki na wodę, więc byłem przygotowany. Na zewnątrz znów nas przetrzymano, ale krócej, ogólnie poczułem się jak pół bydła, albo jak cielę – trochę lepiej, ale wciąż do poczucia, że jest się pasażerem: daleko.

Później okazało się, że inwestor nie przewidział, że dokładnie przy ujściu Narwi do Wisły będą… mgły. Tak, proszę państwa! Lotnisko przy wielkich rzekach bez mgieł ograniczających operacyjność lotniska! No tak, bez ILS-u ani rusz! Mało tego! Wciąż go nie ma! To znaczy podobno jest, ale testowany. Kategorii pierwszej oczywiście. Nie będę ukrywał, że masowe przekierowania samolotów na Okęcie czy do Łodzi zaczęły w pewnym momencie wywoływać u mnie radosny, aczkolwiek nerwowy śmiech. Nie wiem jak inni, ale ja chciałbym wiedzieć CZY polecę i ewentualnie z JAKIEGO lotniska i na jakie wrócę.

Na koniec było już tylko gorzej. Sypiące się progi i przerzucanie się odpowiedzialnością z Erbudu na Struzika, ze Strusika na Mgłodlin a z Mgłodlina na wszystkich byle nie na siebie potwierdziło jedynie, że Polak potrafi. Rozpierdolić dobry pomysł, sprowadzić go do karykatury wzorów z jakich miał brać przykład i narazić ludzi na wkurw a linie lotnicze na straty. Czy to wina lotniska? Zapewne. Bardziej jednak chyba nadzoru właścicielskiego. Bo kto ma mieć władzę sprawczą i nadzorczą jeśli nie sam właściciel i inwestor? Razem szefów Agencji Mienia Wojskowego, Województwa Mazowieckiego (tak marszałka jak i wojewodę), Przedsiębiorstwa PPL oraz pana Kowalskiego, burmistrza Nowego Dworu, zobowiązałbym do korzystania TYLKO i wyłącznie z Mgłodlina zamiast Chopina w trakcie wszystkich podróży służbowych i prywatnych. Niech udziałowcy, działający w imię państwowych przedsiębiorstw, instytucji czy jednostek terytorialnych zobaczą, w jaki sposób realizowane są inwestycje płacone z budżetów naszych wspólnych, państwowych.

A teraz? Lotnisko otwarte, linii lotniczych nie ma. Wizz się zarzeka, że wróci, pod pewnymi warunkami (przede wszystkim chce działającego już ILSu oraz kasy za straty związane z przenosinami operacji na inne lotniska), a Ryanair na razie ma w dupie Mgłodlin. Dzięki operacjom z Okęcia stał się nagle największą linią lotniczą działającą na polskim niebie. Nieźle co? Znając jednak życie czeka na jakieś miliony legalnej/nielegalnej dotacji w postaci zakupy reklamy w jakimś śmieciowym magazynie pokładowym albo na stronie przewoźnika – i pojawi się jako pierwszy. Taki urok Ryana – lata w miarę tanio, na ciekawe czasem lotniska omijane szerokim łukiem przez inne linie, ale zwabiony zarobkiem paru centrów zatruwa życie pasażerom czy lotniskom. Z drugiej strony: czy im się będzie opłacać powrót do Mgłodlina? Na forach ludzie przekonują, że są w stanie płacić więcej żeby latać z Okęcia. Ruch wzrósł, koszty nie. Przecież za opłaty lotniskowe płacimy my, pasażerowie, nie linia lotnicza. Przeniesienie operacji do Mgłodlina spowoduje na 100% obniżenie wskaźnika wypełnienia i ilości operacji (a co za tym idzie spadek pasażerów i obrotów). A przecież z Okęciem można skutecznie negocjować. Wystarczy utrzymywać połączenia nieobsługiwane przez nikogo innego przez rok by dostać do 85% zniżek operacyjnych…

To co? Mgłodlinowi mówimy stanowcze NIE za niedoróbki i za traktowanie ludzi jak bezmyślne bydło, a linie – tanie i tradycyjne zapraszamy na Okęcie. Dopóki nie będzie normalności i szybkiego pociągu na lotnisko – nie widzę potrzeby korzystania z tego kurnika. Po co nam właściwie dwa lotniska?

P.S. Aha, słyszałem, że dziś dwóch ludzi z SLD symbolicznie nadało lotnisku w Modlinie im. Marszałka Struzika. Widzę, że chłopcy nieudolnie próbują naśladować styl happeningowy pana Palikota. Niestety nie było to ani śmieszne, ani pouczające.

A ja? Płacąc ok. 200 zł mniej niż LOTem (było 300, ale stówę zjadła taksówka) zafundowałem sobie nerwy, smród i poczucie że jestem bydłem.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , , , ,

6 thoughts on “Jak to Wiejski Kurnik Międzynarowowym Portem Lotniczym chciał zostać, czyli bardzo subiektywna ocena lotniska w Modlinie

  1. Palpfikszyn pisze:

    No i W6 odleciał na razie na stałe z Modlina.
    Cóż. Mimo, że lecą w kulki z rozmiarami bagażu, zaczynam lubić tego przewoźnika 🙂

    Polubienie

  2. Kasia pisze:

    Okęcie (na którym zdarzyło mi się bywać tylko przelotym służbowym lub narodowym) (bo ja na szczęście z innych stron hehehe) jest słabiutkie jeśli chodzi o wifi. Można tylko na pół godziny. I to po wysłaniu esemesa lub skorzystaniu z kiosku wifi? Żenada. Nie wierzyłam, że po tym jak pół godziny mi się skończyło, wyświetliła mi się wiadomość: wyczerpałeś limit, może skorzystać ponowenie za 24h. :):) Nie wiedziałam czy bardziej mnie to smieszy, dziwi czy wprawia w niesmaczenie.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

perfumomania

subiektywnie i ze szpileczką o perfumach...

JA SKORPION

There is another world, but inside this one, inside me.

kayab92's Blog

Just another WordPress.com site

Introweska

Anomalie życiowe

Panna Maruda vs. Świat

Z życia pracoholika. Krytycznym okiem o korporacyjnej egzystencji i wrażliwej duszy poszukującej szczęścia .

Jak napiszę, to będzie

Opowiadania, e-booki, przegląd wydawniczo-kulturalny. Blog Agnieszki Żak

escaape

into another world

Kulturalna szafa

#czytajkulturalnie

pocichutku

.. kilka słów ..

Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Siupster

Uwaga, Wielki Siu pisze!

cmentarzysko dudsów

by Agata Rutkowska

Book Emperor.

czyli teksty od władcy puszczy.

sztuka prostoty

Blog o wnętrzach, o tym jak wpływają na nasze życie, aby stawało się proste i szczęśliwe.

codziennik

notatki. fotografie. myśli

%d blogerów lubi to: